Skoro już tu jesteś może zostawisz po sobie jakiś ślad, żebym wiedziała co o tym myślisz, co mogłabym poprawić, albo o czym napisać by Ciebie zaciekawiło?

niedziela, 21 czerwca 2015

"Jestem przeciw, ale się zgadzam!"

Tak jak nie lubię chodzić do kina, tak przeciwne emocje wywołuje u mnie teatr. Teatr ma w sobie jakąś moc przekazu, przykuwa naszą uwagę, każdy ruch, wypowiedziana fraza, i to, że choć dzieli nas od sceny tylko parę metrów to widzimy tam inny świat, opowiadaną historię w sposób jakbyśmy zaglądali komuś do okna i niegrzecznie podsłuchiwali. Kino nie powoduje takich emocji. Nie czuję tego respektu dla aktora oglądając go na ekranie, jaki wywołuje we mnie obraz na żywo. Na przykład, wczoraj podczas spektaklu "Słoneczni chłopcy" byłam pod wrażeniem modulacji głosu Piotra Fronczewskiego, a także cóż... wielkości Krzysztofa Kowalewskiego. Są to niepodważalnie wybitni aktorzy, ale nie umiałam tego zauważyć w telewizji. Moc z jaką krzyczą na siebie Willy i Al, wbija w fotel, a żarty którymi przecież sypią przy każdym wystawianiu sztuki (a tj. kilka razy w tygodniu) nie tracą na mocy, co widać, a raczej słychać, po nie niknącym na sali śmiechu. 


Will Clark (P. Fronczewski) i Al Lewis (K. Kowalewski) to starzy przyjaciele, komicy, którzy przed laty bawili publiczność swoimi wybitnymi skeczami. Spotykamy ich po latach, które spędzili nie kontaktując się, i utrzymując relacje na wojennej ścieżce. Sława już przeminęła, widownia zapomniała, a wiek utrudnia pracę w zawodzie. Punktem zwrotnym, i punktem odniesienia całego spektaklu, jest zaproponowany występ telewizyjny, z najbardziej popularną scenką Słonecznych Chłopców. Nim dojdzie do występu potrzebne są długie namowy, przekonania i co najważniejsze konfrontacja, mających do siebie żal artystów. "Jestem przeciw, ale się zgadzam!" - zdanie genialnie powtarzane przez Fronczewskiego bawi publiczność. 

Co mnie zaskoczyło, nie koniecznie pozytywnie? Po pierwszym akcie, który minął mi naprawdę bardzo szybko, miło i zabawnie, czekałam aż akcja się dalej rozwinie i jakoś fajnie spointuje. Drugi akt rozczarował mnie już na wstępie. To co najzabawniejsze, czyli sam skecz, o który się rozchodziło w historii, był nakręcony. Gdybym chciała pójść do kina, to bym poszła do kina. Jeżeli idę do teatru, to nie po to by sztukę mi wyświetlono, a przedstawiono. Jest to ogromny minus, a może zarazem ciekawostka, bo nie spotkałam się wcześniej z takim "rozwiązaniem".

Co poza samym spektaklem mogę powiedzieć o wizycie w teatrze, to to, że nie wszyscy ludzie potrafią się do niego ubrać. Może teatr 6 piętro, to nie Teatr Narodowy, do którego ubiór stroju galowego jest oczywisty, ale co niektórzy na rodzinny obiad potrafią się lepiej ubrać. Widziałam panią w sandałach sportowych, dziewczynę w wybitnie krótkiej sukience (zarówno krótkiej u dołu, jak i u góry), chłopaka w zwykłej bluzie sportowej. 

Może nie jedne media zapraszają do teatru, chcąc by było to centrum kultury tak popularne jak kino, ale zachowanie pewnych norm i tradycji, powinno być zachowane. Poza tym, mimo, że sztuka nie zachwyciła mnie, to dla samych aktorów warto było wydać, te wyjątkowo nie małe pieniądze na spektakl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz